Paullina Simons i jej sześć dni w… Polsce. Tak, tak, to właśnie z okazji jej pobytu w naszym kraju (16-21.05) postanowiłam napisać parę słów na temat jedynej książki danej autorki, jaką miałam okazję przeczytać (fakt, miałam o tej pozycji napisać już dawno dawno temu, ale cóż – tak wyszło). Dostałam ją od wydawnictwa Świat Książki przez przypadek (zamawiałam do recenzji inny tytuł). Niemniej nie żałuję, a wręcz bardzo się z tego przypadku cieszę.

DSC_2002

Sześć dni w Leningradzie

Simons jest autorką wielu bestsellerowych powieści, jednak to saga o losach Tatiany i Aleksandra przyniosła jej największą sławę. „Jeździec Miedziany” (mniemam, iż kojarzycie, nawet jeśli – tak jak ja – nie czytaliście) jest pierwszą częścią owej trylogii. I to właśnie o początkach powstania tej historii, o sentymentalnej podróży do rodzinnych stron po wieeelu latach nieobecności, opowiada w książce „Sześć dni w Leningradzie”.

DSC_2006

DSC_2019

Paullina Simons urodziła się w Leningradzie (obecnie Petersburg), ale dziesięć lat później wyjechała wraz z rodziną, by już nigdy – jak sądziła – do tego miejsca nie wrócić. Wróciła jednak. Dwadzieścia pięć lat później, w towarzystwie ojca (co nie było bez znaczenia). Chciała jedynie zebrać materiały do „Jeźdźca…”. I chyba sama się tego nie spodziewała, jak wiele wspomnień się w niej obudzi, jak wiele rzeczy będzie musiała zrozumieć i jak ważna będzie to podróż.

Nie jest to książka, którą należałoby streszczać. Simons podzieliła się z czytelnikami bardzo osobistymi przeżyciami i zdawała się być przy tym bardzo szczera i otwarta. Trzeba tę książkę przeczytać od początku do końca, by w pełni (o ile w ogóle jest to możliwe) poznać jej odczucia, tak względem kraju jej dzieciństwa (zarówno w latach 70., jak i w 90.), jak również względem ojca. No tak, bo to historia nie tylko o niej samej. To historia o ludziach wokół. Bliższych i dalszych. A relacja między nią a jej ojcem (obok relacji Simons-Rosja) ma w tej historii bodaj największe znaczenie. Tak wielu rzeczy wcześniej nie dostrzegała. Ta podróż otworzyła jej oczy. I chyba również serce.

Bardzo emocjonalna powieść. Wsiąknęłam w tę historię, tym bardziej, że była prawdziwa. Na dodatek Paullina Simons ma bardzo dobre, lekkie pióro, dzięki czemu nie chciało się tej książki przerywać. Świetny styl autorki, zdecydowanie warty poznania.

Polecam!

PS. Czytaliście książki P. Simons? Jaki tytuł polecacie?


Autorem powyższych zdjęć jest Jakub Ćwiklewski.

  • Pingback: Róża północy - Lucinda Riley | recenzja Marty Murzyn()

  • Kojarzę autorkę z pokątnych recenzji i okładek, które zwykle mnie odstraszają. Już kilka razy miałam ochotę zajrzeć do którejś, może czas nadrobić zaległości.
    PS. Uwielbiam klimat Twoich zdjęć do recenzji :)

    • Ja na pewno zajrzę do którejś z jej powieści – choćby do osławionego „Jeźdźca…”, coby sprawdzić, co dzięki ww. podróży powstało i jak bardzo ta podróż wpłynęła na jej twórczość.
      PS. Cieszę się, że zdjęcia Ci się podobają :) Dziękuję w imieniu swoim i fotografa ;)
      Pozdrawiam i życzę pięknego dnia! :)